Infolinia czynna 7 dni w tygodniu 222 210 800
ubezpieczenia rolnicze

Rolniku, ubezpiecz się. Lista zagrożeń i ryzyk jest zaskakująco spora

Piotr Romanowski Piotr Romanowski

Rolnictwo należy do sektorów najmocniej odczuwających kaprysy aury. Wspomniany grad z 2025 roku był tylko jednym z wielu ciosów, jakie natura zadała polskim rolnikom w ostatnich latach.

Susze, przymrozki późną wiosną, nawalne deszcze zalewające pola – to wszystko realia, z którymi wieś musi się mierzyć. Na szczęście świadomość potrzeby ubezpieczania upraw i hodowli jest w Polsce stosunkowo wysoka. Dzięki systemowi dopłat do składek i wieloletniej edukacji dziś ponad 70% gospodarstw rolnych ma polisy od zdarzeń pogodowych, przynajmniej dla budynków i podstawowych upraw. Według danych GUS około 75% budynków w gospodarstwach rolnych jest ubezpieczonych od powodzi i huraganu – to poziom, który stawia nas w europejskiej czołówce. Można powiedzieć, że rolnicy w większości „odrobili lekcję” po klęskach lat 90. i 2000., kiedy to wielu poszkodowanych liczyło głównie na pomoc państwa.

Niestety, ostatnie ekstremalne zjawiska obnażyły ograniczenia obecnego systemu. Podczas wspomnianej nawałnicy gradowej w 2025 r. okazało się, że niektórzy ubezpieczyciele po wypłacie dużych odszkodowań wycofują się z kontynuacji ochrony – rolnicy skarżyli się wprost, że po jednej szkodzie „nikt nas już nie chce ubezpieczyć, zostajemy sami”. Firmy ubezpieczeniowe tłumaczą, że problemem jest skrajna kumulacja ryzyka: jeśli na danym obszarze co roku grad niszczy sady czy plantacje, to składka musiałaby być horrendalnie wysoka, by pokryć wypłaty. To systemowe błędne koło, które dostrzegło już Ministerstwo Rolnictwa. Po fali zniszczeń zorganizowano w czerwcu 2025 pilne spotkanie ministra z ubezpieczycielami i rolnikami, gdzie padły propozycje naprawy systemu ubezpieczeń upraw. Postuluje się powszechne polisy z większą dopłatą państwa oraz udziałem własnym rolnika (np. 10% szkody), co na Zachodzie jest normą, a u nas wciąż budzi opór. Dzięki takiej franszyzie redukcyjnej składki mogłyby być przystępniejsze, a rolnik partycypowałby w ryzyku, przez co mniej byłoby sytuacji nadużyć czy braku motywacji do zabezpieczania upraw.

Drugim filarem zmian ma być prewencja i edukacja. Ubezpieczyciele zwracają uwagę na potrzebę dofinansowania inwestycji chroniących uprawy – siatki przeciwgradowe, systemy zraszania chroniące przed przymrozkiem – oraz lepszego doboru odmian roślin odpornych na lokalny klimat. Bez takich działań nawet najlepsze ubezpieczenie nie zapewni stabilności dochodów rolników. Co istotne, przedstawiciel zakładu reasekuracji powiedział wprost: „Coraz więcej ekstremalnych zjawisk nie można uznać za nadzwyczajne. Klimat się zmienił i nasze umowy muszą to uwzględnić”. Innymi słowy, to co dawniej traktowano jak rzadką klęskę, dziś jest wpisane w „zwykłe ryzyko” prowadzenia gospodarstwa. Ten nowy klimat wymaga nowego podejścia – większej elastyczności polis (by obejmowały też straty jakościowe, nie tylko całkowite zniszczenie plonu) oraz szybszych procedur szacowania szkód. Pomóc mogą tu rozwiązania parametryczne: w Austrii czy na Ukrainie testowano ubezpieczenia indeksowe od suszy i nadmiaru deszczu, oparte o dane satelitarne i meteorologiczne. Polski rynek także zmierza w tym kierunku – brokerzy już opracowują oferty parametryczne dla grup producentów rolnych, gdzie wypłata zależy np. od liczby dni z upałem powyżej 30°C lub od sumy opadów w kluczowych tygodniach wegetacji. Rolnik otrzymuje wtedy odszkodowanie, nawet jeśli plony fizycznie nie zostały zniszczone, ale np. z powodu suszy zawiązało się mniej ziaren – co zwykła polisa często pomija.

Na koniec warto dodać pozytywną obserwację: polscy rolnicy stali się ambasadorami ubezpieczeń. O ile dwie dekady temu wielu liczyło tylko na zapomogi rządowe, o tyle teraz świadomość ubezpieczeniowa na wsi przewyższa nieraz tę w miastach. Rolnicy zrzeszają się, negocjują grupowe polisy z brokerami, domagają się od państwa usprawnień systemowych. Ta oddolna presja sprawia, że model ubezpieczeń rolnych będzie ewoluował – oby w kierunku większej dostępności i trwałości, bo od tego zależy bezpieczeństwo naszego „chleba powszedniego”.

Transport i logistyka: łańcuch dostaw pod presją pogody

Sektor TSL (transport-spedycja-logistyka) również odczuwa na własnej skórze skutki zmiennej aury. Ekstremalne zjawiska pogodowe potrafią przerwać łańcuch dostaw równie skutecznie, co awarie systemów IT. Przewoźnicy drogowi co roku borykają się z okresowymi utrudnieniami: zimą intensywne opady śniegu zamykają górskie przełęcze i drogi, latem nawalne deszcze mogą podmywać nasypy i zrywać mosty, a wichury przewracają ciężarówki niczym zabawki. Wystarczy przypomnieć obrazki z autostrady A4 podczas orkanu 2022 – silny wiatr wywrócił tam kilka tirów, blokując ruch na wiele godzin. Z kolei w 2017 r. gwałtowne burze pozbawiły prądu ponad 20 tysięcy odbiorców energii w północnej Polsce, paraliżując na kilka dni pracę stacji kolejowych, sygnalizacji i terminali załadunkowych. Logistyka działa jak system naczyń połączonych: gdy jeden odcinek szwankuje, efekt domina odczuwa cała sieć dostaw.

Firmy logistyczne coraz poważniej traktują więc zarządzanie ryzykiem pogodowym. Standardem staje się uwzględnianie w kontraktach klauzul siły wyższej dotyczących pogody – tak, by przewoźnik czy operator logistyczny nie ponosił kar za opóźnienia spowodowane np. zamknięciem portu z powodu cyklonu. Brokerzy zalecają klientom z branży TSL dodatkowe polisy i rozszerzenia, które dawniej uznawano za zbędne: ubezpieczenia od przerw w działalności spowodowanych katastrofą naturalną (Business Interruption od zdarzeń pogodowych), ubezpieczenia mienia w transporcie w formule „all risks”, a nawet parametryczne pokrycie ryzyka opóźnień dostaw (choć to nowość, pojawiają się oferty wypłaty ryczałtu, gdy opóźnienie statku przekroczy X dni z powodu określonego zjawiska). Ważne jest zrozumienie, że standardowe polisy OCP (odpowiedzialność przewoźnika) nie obejmują szkód spowodowanych siłami natury, o ile przewoźnik nie zawinił. Jeśli więc huragan uszkodzi ładunek na ciężarówce, przewoźnik może nie odpowiadać za straty – dlatego niezbędne jest ubezpieczenie cargo, które ochroni wartość towaru niezależnie od okoliczności. Taka polisa ładunkowa w wariancie pełnym pokrywa zdarzenia losowe, w tym deszcz, powódź czy wiatr, dając pewność wypłaty odszkodowania właścicielowi towaru.

Znam przykład dużego operatora logistycznego, który po serii szkód spowodowanych burzami (zalało mu magazyn centralny, a innym razem grad uszkodził flotę dostawczą) całkowicie przeprojektował swój program ubezpieczeniowy. Wprowadził sumy ubezpieczenia na wypadek przerwy w działalności równe utracie zysku za 30 dni, dokupił polisę od utraty/delayed cargo i zainwestował w prywatny system alertów meteo dla menedżerów transportu. Efekt? Gdy w ubiegłym roku przyszła kolejna wichura, firma nie tylko otrzymała odszkodowanie za straty materialne, ale też automatycznie 100 tys. zł z polisy BI za przestój – co pomogło opłacić nadgodziny i ekspresowe naprawy. Tego rodzaju kompleksowe podejście (ubezpieczenie + plan awaryjny) staje się powoli standardem w logistyce. Pogoda nadal może sprawić psikusa, ale przynajmniej finansowo da się na to zabezpieczyć.

Przemysł: odporność infrastruktury i produkcji

Fabryki, zakłady przemysłowe i centra magazynowe – serce polskiej gospodarki – również muszą zaadaptować się do nowych zagrożeń klimatycznych. Przemysł narażony jest przede wszystkim na fizyczne zniszczenia majątku oraz zakłócenia ciągłości produkcji. W ostatnich latach mieliśmy kilka głośnych przypadków, gdy żywioł dotknął duże zakłady: hala magazynowa pod Poznaniem, której dach zapadł się pod naporem mokrego śniegu; zakład chemiczny, gdzie ulewny deszcz zatopił ważne urządzenia elektryczne; czy huta szkła, która musiała wstrzymać produkcję z powodu kilkudniowego braku prądu po wichurze. Takie zdarzenia pociągają za sobą milionowe straty – nie tylko materialne, ale i wynikające z utraconej sprzedaży oraz kar umownych za niedotrzymanie terminów dostaw.

Przemysłowi klienci ubezpieczeniowi zaczęli więc przykładać dużą wagę do analiz ryzyka klimatycznego swoich obiektów. Na etapie zawierania polis przedstawiają ubezpieczycielom szczegółowe informacje: czy zakład leży na terenie zalewowym, jaką ma konstrukcję dachu (czy odporną na wiatr 120 km/h?), czy posiada własne zasilanie awaryjne. Brokerzy i inżynierowie ryzyka często wizytują fabryki, wskazując potencjalne słabe punkty. Efektem bywa np. instalacja dodatkowych mocowań dachu, wymiana świetlików na wzmocnione (odporne na grad), montaż pomp i drenaży chroniących przed zalaniem hali. Underwriterzy premiują takie działania niższą składką lub szerszym zakresem pokrycia. Widać to szczególnie w ubezpieczeniach infrastruktury krytycznej: operatorzy telekomunikacyjni czy energetyczni, którzy zainwestują w zabezpieczenia (choćby izolację kabli, podziemne linie czy systemy automatycznego przełączania zasilania), mogą liczyć na bardziej dostępne ubezpieczenia od przerw w działalności. Ci zaś, którzy tego nie zrobią, ryzykują wręcz brakiem oferty – bo jak przyznają ubezpieczyciele, pewnych sieci przesyłowych w złym stanie technicznym nikt dziś nie ubezpieczy w pełnym zakresie.

W programach ubezpieczeniowych przemysłu kluczowe stało się odpowiednie definiowanie ryzyk pogodowych. Polisy mienia dużych firm zwykle obejmują tzw. zdarzenia katastroficzne (powódź, huragan, deszcz nawalny, grad), ale diabeł tkwi w szczegółach – definicjach. Klienci nauczyli się, że np. definicja powodzi powinna obejmować nie tylko wylanie rzeki, ale też zalanie wskutek deszczu (bo ulewne opady potrafią zalać teren równie skutecznie co rzeka). Z kolei definicja huraganu (często = wiatr > 17,2 m/s) bywa uzupełniana o klauzulę szkód w skutek silnego wiatru poniżej tej prędkości, aby pokryć także mniejsze, ale częste szkody. Takie niuanse negocjują brokerzy, tworząc dla klientów szyte na miarę polisy, które realnie odpowiadają na ich ekspozycję. Co więcej, coraz popularniejsze jest dodawanie do polis przerw w działalności rozszerzenia o tzw. szkody dostawców i odbiorców (contingent business interruption) – chroniącego firmę, gdy np. kluczowy dostawca komponentów zostanie unieruchomiony przez żywioł. Przykładowo, producent samochodów w Polsce może dostać odszkodowanie, jeśli powódź w Niemczech zalała fabrykę dostarczającą mu części, przez co nasz producent musiał wstrzymać linię produkcyjną. To stosunkowo nowy element programów, wynikający z lekcji, jaką dały powodzie w Europie Zachodniej w 2021 r. czy azjatyckie tajfuny zrywające globalne łańcuchy dostaw.

Patrząc holistycznie, przemysł coraz bardziej odpornościowy (resilient) na pogodę to taki, który łączy trzy elementy: solidną inżynierię (infrastruktura zaprojektowana na ekstremalne warunki), dobre ubezpieczenie (przenoszące finansowo skutki, których nie da się uniknąć) oraz plan ciągłości działania (BCP) uwzględniający scenariusze klimatyczne. W Polsce duże zakłady coraz częściej mają takie plany: wiedzą, co zrobić, gdy powódź odetnie fabrykę – jak ewakuować sprzęt, kogo zawiadomić, gdzie wynająć zastępcze moce produkcyjne. Ubezpieczenie staje się więc jednym z filarów szerszej strategii adaptacji do zmian klimatu w przemyśle. Firmy, które to zrozumiały, lepiej przechodzą przez kolejne pogodowe zawieruchy – a te, które ignorują problem, niestety boleśnie płacą za lekcje udzielane przez naturę.

Infrastruktura: od dróg po energetykę – wspólnota ryzyka

Na osobną uwagę zasługuje infrastruktura publiczna i komunalna: drogi, mosty, linie energetyczne, kolej, obiekty użyteczności publicznej. Tutaj odpowiedzialność za zarządzanie ryzykiem pogodowym spoczywa na administracji i spółkach Skarbu Państwa, a skutki zaniedbań odczuwamy wszyscy. Polska niestety dość boleśnie przekonała się o kruchości infrastruktury w obliczu żywiołów. Powódź tysiąclecia 1997 czy wielka powódź 2010 wyrządziły ogromne szkody w drogach i wałach przeciwpowodziowych. Państwo wydało miliardy złotych na ich odbudowę, a Unia Europejska uruchamiała specjalne fundusze solidarnościowe (np. po nawałnicach 2017 KE przekazała ~53 mln zł na usuwanie skutków w lasach i infrastrukturze). Po tych doświadczeniach nastąpiła częściowa poprawa zabezpieczeń – zainwestowano w modernizację wałów, systemy ostrzegania powodziowego, lepsze standardy budowy dróg. Jednak wciąż ubezpieczanie infrastruktury przez samorządy jest niewystarczające. Wielu włodarzy woli liczyć na pomoc rządową po fakcie niż płacić składki ubezpieczeniowe z napiętego budżetu. Skutkiem tego po każdym większym kataklizmie lokalne budżety krwawią, a odbudowa ciągnie się latami.

Są jednak pozytywne przykłady. Kilka województw i dużych miast wykupiło polisy od katastrof naturalnych dla mienia komunalnego – obejmujące szkoły, szpitale, wodociągi itp. Dzięki temu np. po wichurach zimowych 2022 r. szkoły w jednej z gmin pomorskich dostały szybką wypłatę na naprawę dachów, podczas gdy sąsiednia gmina (bez ubezpieczenia) czekała na dotację z MSWiA. Widać więc wyraźnie, że ubezpieczenie infrastruktury to nie luksus, a element odpowiedzialnego zarządzania ryzykiem. PIU od dawna postulowała stworzenie ogólnopolskiego programu ubezpieczeń katastroficznych, wzorowanego na rozwiązaniach z Francji czy Hiszpanii, gdzie specjalne konsorcjum (częściowo państwowe) oferuje powszechne polisy od klęsk żywiołowych dla osób prywatnych i samorządów. Taki system rozkłada ryzyko na całe społeczeństwo, unikając sytuacji, w której najbardziej poszkodowani zostają z niczym. Na razie jednak brak decyzji politycznych w tym kierunku – temat wraca zwłaszcza po głośnych klęskach, by potem przycichnąć.

Infrastruktura energetyczna zasługuje na szczególną wzmiankę. Sieci przesyłowe i dystrybucyjne co roku cierpią od wichur i oblodzenia. Orkan w 2017 r. połamał tysiące słupów w północnej Polsce, a łączny czas przerw w dostawie prądu liczony w osobogodzinach poszybował do rekordowych poziomów. Operatorzy energetyczni posiadają co prawda ubezpieczenia OC (od zadośćuczynień dla klientów za brak prądu) oraz polisy mienia na elementy infrastruktury, ale często z wysokimi udziałami własnymi i limitami. Gdy zniszczenia są masowe, i tak w grę wchodzi pomoc państwa i zaangażowanie wojska przy naprawach. W ostatnich latach spółki energetyczne zaczęły jednak inwestować w redukcję ryzyka: więcej linii kablowych ziemnych (odporne na wichury), automatyczne izolatory zapobiegające oblodzeniu przewodów, intensywniejsze przycinanie gałęzi przy liniach. Te działania nie zawsze są widoczne dla odbiorców, ale przynoszą efekty – np. orkan z 2022 r. pozostawił bez prądu znacznie mniej odbiorców niż analogiczne wichury dekadę temu, bo sieć była lepiej przygotowana. To pokazuje, że adaptacja infrastruktury jest możliwa i konieczna. Ubezpieczyciele sygnalizują, że chętniej ubezpieczą sieć czy most, które spełniają nowe standardy wytrzymałości, niż infrastrukturę z lat 70. niemodernizowaną od dekad.

Na horyzoncie widać też nowe rozwiązania: może ubezpieczenia parametryczne dla miast? Np. wypłacające ustaloną kwotę, gdy deszcz przekroczy 100 mm/m² i miasto zmaga się z podtopieniami – takie instrumenty testują już metropolie w Azji. Albo publiczno-prywatne fundusze na odbudowę, zasilane składkami ubezpieczycieli i państwa (rodzaj „ubezpieczenia zbiorowego” dla infrastruktury krytycznej). W dobie zmian klimatu żadna opcja nie powinna być wykluczona, bo stawką jest bezpieczeństwo nas wszystkich.

Wspólne budowanie programów transferu ryzyka klimatycznego

Opisane powyżej zjawiska – od szkód rolników po wyzwania infrastruktury – prowadzą do jednego wniosku: tylko partnerstwo klientów, brokerów i ubezpieczycieli pozwoli skutecznie utrwalić ryzyka pogodowe w długofalowych programach ubezpieczeniowych. Żaden pojedynczy podmiot nie udźwignie ciężaru zmian klimatu w pojedynkę. Dlatego coraz częściej obserwuję, jak strony siadają do stołu i wspólnie projektują kompleksowe strategie transferu ryzyka.

Rola brokera ubezpieczeniowego w tych realiach ewoluowała – z pośrednika w zawieraniu polis stał się on architektem całych programów zarządzania ryzykiem. We współpracy z klientem identyfikuje kluczowe ekspozycje (np. dla sieci handlowej będzie to ryzyko gradobicia uszkadzającego flotę i dachy marketów, a dla firmy spedycyjnej – ryzyko przerwania dostaw wskutek zamknięcia portu). Następnie broker szuka na rynku optymalnych rozwiązań: negocjuje z ubezpieczycielami specjalne klauzule i rozszerzenia, aby standardowe polisy pokryły te newralgiczne obszary, a jeśli to nie wystarczy – projektuje dodatkowe zabezpieczenia w formie polis parametrycznych czy umów reasekuracyjnych. Często brokerskie zespoły korzystają z zaawansowanych modeli i narzędzi analitycznych, łącząc dane meteorologiczne z finansowymi. Przykładowo, moja firma brokerska ostatnio opracowała dla dużego przedsiębiorstwa przemysłowego model scenariuszowy: co by było, gdyby w ciągu 5 lat wystąpiły dwa powodzie i trzy orkany? Na tej podstawie zbudowaliśmy program ubezpieczenia z odpowiednio wysokimi limitami i reasekuracją ponad nie – tak, by firma nie zbankrutowała nawet przy tak czarnym scenariuszu. Jeszcze parę lat temu taki stress-test klimatyczny byłby uznany za fanaberię; dziś klient podziękował nam za otwarcie oczu na ryzyko, o którym nie myślał.

Z kolei ubezpieczyciele coraz częściej wychodzą z roli wyłącznie „dostawcy produktu”, a wchodzą w rolę partnera dzielącego się know-how. Tworzą centra kompetencji ds. zmian klimatu, zatrudniają meteorologów, współfinansują badania nad lokalnymi zjawiskami (np. mapy zalewowe, modele huraganów). Wszystko po to, by lepiej rozumieć ryzyko i móc projektować innowacyjne produkty. Ostatnim efektem takiej współpracy branży z naukowcami jest np. koncepcja „dobowych szlaków gradowych”, tworzonych przez IMGW i ministerstwo – map pokazujących dokładny przebieg burz z gradem, aby usprawnić szacowanie szkód w uprawach. Dane to potęga: jeśli wiemy, gdzie spadł grad, można automatycznie uruchomić pomoc finansową dla rolników w tych lokalizacjach. W przyszłości być może ubezpieczenia będą coraz bardziej automatyczne – rola likwidatora szkód zostanie ograniczona, bo czujniki IoT i obrazy satelitarne same potwierdzą zakres szkody, a pieniądze popłyną od razu na konto klienta. Już dziś pewne elementy tego mamy w parametrycznych ubezpieczeniach turystycznych czy rolniczych.

Nie można też zapomnieć o państwie i regulatorach jako ważnych uczestnikach budowy odporności klimatycznej. Komisja Nadzoru Finansowego monitoruje sytuację, pilnując, by ubezpieczyciele utrzymywali kapitał na pokrycie rosnących ryzyk (stąd m.in. zalecenia do wzmacniania rezerw). Rząd z kolei odpowiada za systemowe rozwiązania – dopłaty do ubezpieczeń rolnych, fundusze na natychmiastową pomoc po klęskach, a docelowo może i ubezpieczenia obowiązkowe w najbardziej zagrożonych rejonach (np. dla domów na terenach zalewowych). W Unii Europejskiej toczy się dyskusja o „klimatycznej luce ubezpieczeniowej” – różnicy między stratami faktycznymi a objętymi ochroną. Już teraz tylko ok. 40% strat katastroficznych na świecie jest ubezpieczonych, reszta to ciężar dla budżetów firm i państw. W interesie nas wszystkich leży zwiększanie tego odsetka. Komisja Europejska proponuje różne środki: od zwiększania świadomości ryzyka, przez obowiązek uwzględniania analiz klimatycznych w inwestycjach, po wspieranie publiczno-prywatnych systemów ubezpieczeniowych. Być może doczekamy czasów, gdy posiadanie ubezpieczenia od klęsk będzie tak naturalne, jak posiadanie gaśnicy w budynku – jako element bezpieczeństwa zbiorowego.

Ubezpieczenia na życie
Ubezpieczenia zdrowotne
Ubezpieczenia NNW
Ubezpieczenia turystyczne
Ubezpieczenia komunikacyjne
Ubezpieczenia nieruchomości
Ubezpieczenia finansowe
Prawo ubezpieczeniowe
Poliseo pamięta o końcu Twojego
ubezpieczenia
Wypełnij formularz, a przypomnimy Ci o zakończeniu polisy!
Pomoc w wyborze ubezpieczenia
Zostaw swój telefon - oddzwonimy i pomożemy Ci wybrać najlepszy pakiet.
*
*
Wyrażam zgodę na używanie przez SelectCentre sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KRS: 0000763236), w celu przekazywania mi informacji handlowych dotyczących produktów lub usług własnych lub Partnerów, w tym prowadzenia względem mnie marketingu bezpośredniego:
a) telekomunikacyjnych urządzeń końcowych:

za pomocą poczty e-mail

w formie SMS/MMS

w formie rozmowy telefonicznej

b) automatycznych systemów wywołujących w kontakcie telefonicznym lub mailowo
oraz wyrażam zgodę na przekazywanie przez GetMed Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie mojego imienia i nazwiska, adresu e-mail oraz numeru telefonu do SelectCentre Sp. z o.o. w celu przetwarzania przez tę spółkę moich danych osobowych na cele marketingowe wskazane powyżej.
Możesz także do nas zadzwonić:
222 210 800